| Dzieci Ireny Sendlerowej |
|
|
|
| Czwartek, 24 Września 2009 13:24 | ||
Młode pokolenie zna II Wojnę Światową tylko z książek, muzeum, dokumentów telewizyjnych. Nie można jednak w pełni pojąć tragizmu tamtego okresu bez jego przeżycia. Film „Dzieci Ireny Sendlerowej" w reżyserii Johna Kenta Harrisona daje obraz poświecenia jednostki dla dobra przyszłych pokoleń. Jak odnaleźć się w rzeczywistości wojennej? Ile może zdziałać silna wola, rezolutność i upartość w dążeniu do celu? Jakie są granice ludzkiej wytrzymałości? Fabuła filmu powstała w oparciu o autentyczne wydarzenia z 1941 r. Irena Sendlerowa (Anna Paquin), pracownik opieki społecznej, uświadamia sobie, że wszystko, co do tej pory zrobiła dla mieszkańców warszawskiego getta, jest właściwie pomocą na miarę mizernej kropli wody w rzece ludzkiego cierpienia. Bohaterka wraz z przyjaciółmi z pracy postanawia podstępem wyprowadzać żydowskie dzieci z getta. Dzięki Stefanowi poznaje tajne przejścia pod budynkiem sądu, których nie zauważyli Niemcy. Udając pielęgniarkę zwalczającą Syfilis wśród mieszkańców getta, Sendlerowa uwolniła około 2 500 dzieci. Każdy z jej podopiecznych trafiał pod skrzydła zakonnic lub do polskich rodzin zastępczych. Wcześniej jednak musiał nauczyć się nowej tożsamości i podstaw wiary katolickiej. Najtrudniej było przekonać rodziców do oddania swoich dzieci. Niekiedy decyzje następowały zbyt późno. Sendlerowa zapisywała imię i nazwisko każdego z ocalonych dzieci oraz ich miejsce pobytu. Później archiwa przekazała Żegocie, tajnej organizacji, z którą ściśle współpracowała. Niemcy odkrywają konspiracyjne działania Sendlerowej. Bohaterka zostaje zatrzymana i torturowana. Cudem uchodzi z życiem.
Film wzrusza, pobudza do refleksji, ale nie paraliżuje widza brutalnością scen. Gdyby nie niemieccy żołnierze w getto, można by pomyśleć, że to normalna, biedna dzielnica wielkiego miasta z połowy XX w. Wywóz Żydów z obozu pod przykrywką przesiedlenia również nie wydają się być tak straszny jak za pewne był w rzeczywistości. A przecież Ci ludzie szli prawie na pewną śmierć! Dzieci, kobiety, mężczyzn, starców niczym jedną, wielką masę pozbawioną płci, wieku, tożsamości, wrzucano do pociągów, których ślad urywał się w Treblince. Polak służący po stronie okupantów poświęcił życie dla swojego syna Jasia, którego wciągnięto do wagonu wraz z Żydami. Chłopiec uciekł przez dziurę w drewnianej podłodze, po ojcu ślad zaginął mimo, że w obozie był oficerem niemieckim. Jedna z najbardziej wzruszających scen nie daje jednak pełnego obrazu tragedii ludzkich istnień. W filmie zdecydowanie brakuje wyrazistego uwypuklenia rytmu życia w getto - powolnego, pełnego niepokoju, z bezgraniczną i ślepą wiarą w humanitaryzm „ludzi z Zachodu" i lepsze jutro, które dla wielu nie nastąpiło. Historia nagle się urywa jakby dalszy ciąg miał nastąpić w następnym odcinku. Dowiadujemy się jedynie, że Sendlerowa dożyła sędziwego wieku - zmarła w 2008 r. Nie wiemy jednak co stało się z ocalonymi dziećmi żydowskimi, Jasiem, Żegotą, Stefanem. Jaki był ich dalszy los? Czy Irena Sendlerowa kiedykolwiek nawiązała kontakt z uratowanymi Żydami? Widz opuszcza kino z lekką konsternacją, niedosytem i częściowym niezrozumieniem. Film został nakręcony dla amerykańskiej telewizji Hallmark, być może będzie druga część, która odpowie na wszystkie postawione pytania. Z perspektywy 20. lecia odrodzonego Senatu RP i rocznicy wybuchu II Wojny Światowej termin premiery jest jak najbardziej trafiony. W obliczu dwóch ważnych dat film spełnia zarówno rolę edukacyjną jak i pogłębia refleksję nad cierpieniem, niewolą, brakiem tolerancji i humanitaryzmu. Mimo kilku niedociągnięć realizacyjnych „Dzieci Ireny Sendlerowej" warto obejrzeć, aby zrozumieć machinę historii oraz magiczne efekty silnej determinacji jednej kobiety, która pociągnęła za sobą innych, by wspólnie walczyć o najcenniejszą wartość - życie. Magdalena Lis
|

















